Moje odkrycia: Arktyka

W 2007 roku wprosiłem się na wyprawę na Biegun Północny. Oczekiwałem wichur, heroizmu, starć z białymi niedźwiedziami… Wyszło inaczej.

Atomowy Lodołamacz „Rossija” rozrywał topniejące lipcowe lody, a za nim ciągnął okręt naukowy „Akademik Fiodorow”. Na pokładzie „Akademika” czekały na swoją chwilę dwa statki zanurzalne „Mir”, potężny rosyjski sztandar i tuzin dziennikarzy, wśród nich i ja. Misja, którą prowadził najznamienitszy rosyjski polarnik, była śmiała: wbić naszą wielką flagę w Biegun Północny, ogłosić roszczenia do Arktyki, od granic, do samego bieguna i roztrąbić o tym na cały świat.

Wszystko wyszło o wiele lepiej: sztandar spoczął na dnie oceanu, polarnik zdał raport prezydentowi, prezydent pozytywnie mruknął, świat wzdrygnął i zakrzątał się, uczestnicy ekspedycji zatriumfowali. Można było odhaczyć i wrócić do domu.

Ale znany polarnik rzekł: „Jest jeszcze jedna sprawa! Tutaj niedaleko, dwie godziny lotu śmigłowcem, w zwałach lodu utknął francuski statek badawczy „Tara”. Biedni Francuzi sterczą tam długie miesiące. Powinniśmy im pomóc. Zawieziemy im worek ziemniaków i owoców!”

Wzięli mnie ze sobą w charakterze tłumacza, przez moją znajomość francuskiego. Nie mogłem tego żałować. „Tara” miała swoją legendę. Mroczną i romantyczną.

Kiedyś ten supernowoczesny jacht należał do milionera, który zbudował go specjalnie na cel swoich wypraw dookoła świata. Ale u brzegów Indonezji, na „Tarę” napadli piraci i zabili właściciela razem z rodziną. Statek z ciałami długo dryfował po oceanach. Kiedy go odnaleziono, nie było już spadkobierców i „Tara” została przekazana francuskiej ekspedycji polarnej.

Śmigłowiec wylądował na lodzie, znany polarnik kazał wyładować ziemniaki i owoce. Nieubłagana rosyjska szczodrość zaskoczyła Francuzów, ale szybko zdołali nakryć do stołu.

Było ich czworo: trójka mężczyzn i jedna kobieta. Ich twarze były owiane i spalone lodowym słońcem. Na wczepionym w lody jachcie było im całkiem wygodnie i przez nieskończoną polarną noc, i w ciągu oślepiającego polarnego dnia. Oczywistym się stało (chociażby dlatego, że była tam tylko jedna kobieta, a mężczyzn trójka), że Francuzi byli przygotowani na niedostatki. Uprzejmie dziwili się naszym podarunkom. Francja nie porzucała swoich dzieci i ich zapasy przedstawiały się lepiej, od naszych.

Siedzieliśmy za stołem: trójka Francuzów, jedna Francuzka, znany polarnik, pilot i ja. W kieliszkach była nalana wódka, ziemniaki leżały w ładowni, w powietrzu coraz wyraźniej czuć było napięcie.

Wszyscy wiedzieli, że nie jesteśmy tutaj z misją humanitarną, ani żeby się napić. Jednak dwugodzinny lot nie mógł pójść na marne. Wydawało się, że wszyscy o czymś nie dopowiadają. I w końcu, po pierwszym kieliszku, polarnik potrząsł siwą brodą i rzekł: „Cóż, zaczynajmy!”

I poszło. Znikąd pojawiły się na stole znaczki pocztowe, koperty i, najważniejsze, stemple pocztowe! Obie strony zaczęły żwawo wymieniać się znaczkami i podbijać je swoimi pieczątkami. Po paru minutach, wszystko było zakończone. Znany polarnik widocznie znudził się i zabrał się z powrotem.

Okazało się, (było to nieznane tylko mi) że każda stacja polarna ma swoją unikalną pieczątkę pocztową. Jakby nie była to stacja, tylko miasteczko. I znany polarnik miał hobby – filatelistykę. Ale nie taką zwykłą, a polarną. Zbierał znaczki podbite stemplami ekspedycji arktycznych. Aby zdobyć pieczątkę „Tary”, której brakowało w kolekcji, zorganizował całą tą wyprawę.

Źródło: Мои открытия: Арктика

Autor zdjęcia: Insider
(CC BY-SA 3.0)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s