Moje odkrycia: Arabia Saudyjska

W poprzedniej pracy dziennikarskiej, miałem okazję polecieć za prezydentem do Arabii Saudyjskiej. Zdaje się, że wtedy też próbowaliśmy bez skutku ubić z nimi interes, chociaż w tych dawnych latach ropa kosztowała tyle, że nawet zwykli ludzie wariowali. Ale już wtedy patrzyliśmy w przyszłość z podejrzliwością, oczekując od niej różnych podstępów.

Co wiedziałem o Arabii Saudyjskiej? To bajecznie bogaty kraj, ponieważ w latach ’50 odkryto tam największe na świecie pokłady ropy naftowej, za którą Saudyjczycy kupili pół Ameryki. Dzięki temu Saudyjczycy mogą sobie pozwolić na wiele: monarchię absolutną, pouczające publiczne egzekucje wykonywane przez odcięcie głowy mieczem, kamienowanie ludzi i inne drobne wybryki. Kobiety nie mogą ani głosować, ani prowadzić samochodu. Ale to nic. Kiedy taki, czy inny kraj chlupie fontanną ropy, aż chce się mu przebaczać dowolne ekscesy. A wszystkie zbytki wywołują u cywilizowanego świata jedynie wzruszenie.

W Arabii Saudyjskiej jest dużo przepychu. Na przykład majątek rodziny królewskiej szacuje się na ponad trylion dolarów. Przypomnijmy, że panuje tam monarchia absolutna i rząd wybierany jest z krewnych monarchy, kuzynów i wujków, no bo komu innemu można powierzyć takie stanowiska? Cóż można rzec… Pozostaje jedynie cieszyć się tym, w jaki sposób niektórzy potrafią się w życiu ustawić.

Pamiętam też, że kiedyś oglądałem w telewizji pogrzeb saudyjskiego króla Fahda. Według tradycji wahhabickiej (a Saudyjczycy, to wahhabici) wszystko było aż nieprzyzwoicie skromne. Żadnego bogatego powozu z trumną, żadnych opłakujących tłumów za katafalkiem.  Na bezludną pustynię wyjechała karetka pogotowia, wyciągnęli ciało obwiązane szmatami, zakopali i pojechali. Żadnej próby zabrania ze sobą doli ziemskiej do świata pozagrobowego. Nie to, co u nas.

Ogólnie oczekiwałem od tego wyjazdu do Rijad podróży na miarę „Opowieści z tysiąca i jednej nocy” z poprawką na hi-tec, którego naoglądałem się do tego czasu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Ale trafiłem do jakiejś zupełnie innej bajki.

Okazało się, że stolica jest dość biedna i obszarpana. Ulice przypominały nie podwórka izraelskiej Beer-Szewy, nie jakieś marokańskie osiedla robotnicze, ale były bezludne i zapylone. Zieleń tu nie rosła, nikt nie zajmował się zraszaniem. I w środku wielkiego miasta, płaskiego, jak mapa, wzbijały się w powietrze dwa olbrzymie, perfekcyjne drapacze chmur. Jeden kosmiczno-falliczny, drugi w formie otwieracza do butelek.

Główne pytanie, jakie chciałoby się postawić saudyjskim monarchom, patrząc na to miasto, brzmiałoby: „Gdzie są pieniądze, Zin?” Tak, to prawda. I portowa Casablanca i biedna Algieria, gdzie bywałem wcześniej, na tle Rijadu wydawały się i radośniejsze i bardziej słoneczne. Brakowało tam wysokich drapaczy, ale były zielone bulwary, uliczne kawiarnie i żywi ludzie. Pieniądze z handlu pomarańczami najwyraźniej rozprowadzały się po ludności bardziej równomiernie, niż petrodolary.

Ach, tak… Po rozmowach, dopuszczono dziennikarzy na briefing do jakiegoś pałacu królewskiego. Było tam szykownie, bogato, ale nie nadmiernie. Gdzie podziała się reszta tryliona, nie wiem. Może faktycznie została wydana na wykupienie połowy Ameryki. Bo nawet jeśli we własnym domu jesteś monarchą absolutnym, to w Ameryce i tak jest jakoś lepiej.

Ot, kolejne odkrycie.

Źródło: Мои открытия: Саудовская Аравия

Autor zdjęcia: Andrew A. Shenouda
(CC BY-NC-SA 2.0)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s