Moje odkrycia: Las Vegas

Jechałem do Las Vegas po raz pierwszy i myślałem: oto ona, świątynia zepsucia. Och, zaraz mnie zachłyśnie. Oj, skosztuję zakazanego owocu, trzymajcie mnie tylko. Przecież gdzieś tutaj działa się akcja filmu Kac Vegas. Jak zaraz rzucą się na mnie pokusy! Ujrzę odrażające, ale zarazem kuszące kulisy Ameryki. Ameryki, która tak nas prowokowała z ekranu telewizora, w czasie, kiedy my żuliśmy szarą doktorską (nawiązanie do wątpliwej jakości kiełbasy produkowanej w ZSRR – przyp. tłum.) i wytrzepywaliśmy talk z pachnącego maską przeciwgazową Produktu Numer Dwa (w czasach radzieckich potoczne określenie prezerwatywy – przyp. tłum.).

I tak, z naturalnej pustyni, wjechałem do Miasta grzechu. Miraże zaświeciły przede mną – cudo! – miniaturowa Wieża Eiffla, egipska piramida z czarnego szkła, czterdziestopiętrowa rzymska świątynia, weneckie palazzo – jeszcze wyższe, wieżowce w każdym możliwym stylu i jeszcze mnóstwo niewyobrażalnych rzeczy… i między nimi kupa ludzi. Wszystko to, oczywiście, kasyna, hotele i hale koncertowe, restauracje i różne inne kluby, gdzie wpuszczają tylko dorosłych. W skrócie, wszystko dla potrzeb cielesnych.

I co? Kto przyjechał wypalić sobie życie w tych kasynach-jak-piramidy, kasynach-jak-świątynie, kasynach-jak-Paryż, a także w kasynie imienia ulubieńca rosyjskich telewidzów – Donalda Trumpa? Rozwiązłe panienki? Gwiazdy rocka i gangsta-raperzy? Narkomani?

Nie, moi drodzy. W kolejce do kasyna-jak-piramida stały ze mną cztery rodziny wielodzietne. Wiecie, takie składające się z uśmiechniętych i pulchnych ludzi z centralnej części kraju. A na pierwszych bezkresnych piętrach tych wszystkich podniebnych hoteli, na polach pełnych „jednorękich bandytów” zasiadały babcie i dzieciaki, matki z niemowlakami i inni, zwyczajni ludzie. Postacie z filmu o przyjaciołach Oceana pewnie miały wolne, dlatego nie spotkałem tam żadnej z nich. Statystyczni Amerykanie jechali przez cały kraj do tej betonowej oazy, z rodziną na weekend, żeby przetracić trzydzieści, albo czterdzieści dolarów dziennie, a czasem wygrać sto lub sto dwadzieścia. Młodzież szła na dyskoteki, całkiem purytańskie. Od zwykłych odróżniały się tylko przemysłową wręcz wielkością. Byle potańczyć i napić się (jeśli skończyło się 21 lat) legalnie.

Płynąłem na styropianowej gondoli po sztucznym kanale weneckim wśród średniowiecznych fasad z gipso-kartonu, pod szkarłatnym niebem – sufitem lobby hotelu Venetian i myślałem. Nie, to nie Wenecja. Ani Sodomia.

Mogą nam wciskać telewizyjną hipnozą, że Ameryka to kraina uciech i pokus, a i sam Hollywood lubi to podkoloryzować. Jednak przecież Godzilla nie zniszczyła Nowego Jorku, uliczne gangi szaleją tylko w niebezpiecznych dzielnicach kilku dużych miast, alkohol można kupić dopiero w wieku 21 lat, na plażach nikt nie opala się topless i tak dalej. Standardowy Amerykanin, to człowiek ułożony i często wierzący. Przy czym, jeśli dla człowieka rosyjskiego pobożność jest formą ubezpieczenia przeciw nieszczęśliwym wypadkom i chorobom, to Amerykanie jednak próbują po prostu żyć zgodnie z biblijnymi przykazaniami i naukami Chrystusa. Nie zawsze to wychodzi, wiadomo. Jak u wszystkich.

Zderzające się przeciwieństwa muszą mieć upust. Byle przyzwoity.

Ta mała Wieża Eiffla jest tylko dla tych, którzy nie byli w prawdziwym Paryżu. Wenecki romantyzm jest tylko dla tych, którzy uwierzą w pomalowane farbą niebo. Takie śmieszne grzechy są tylko dla tych, którzy nie żyli w Rosji. Gra z playbacku.

Najwyraźniej obywatele muszą być bardzo ułożeni, żeby taki owoc wydawał się im zakazany. Odkrycie.

Źródło: Мои открытия: Лас-Вегас

Autor zdjęcia: Karen
(CC BY-NC-ND 2.0)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s