Wywiad dla „Komsomolskiej prawdy” cz. 1

Jak Dmitrijowi udało się przed ukończeniem 29 roku życia: nauczyć się pięciu języków obcych, dziesięć lat mieszkać i uczyć się w Izraelu, pracować w Niemczech i we Francji? Jak Dmitrij, pracując jako spiker radio Majak, znajduje czas na pisanie książek? Kto obmyśla projekty internetowe Dmitrija Głuchowskiego i kto wymyślił umieszczanie fragmentów książek online?

Na te i inne wasze pytania Dmitrij Głuchowski odpowiedział w środę, 10 grudnia.

– Witamy czytelników portalu Komsomolskaja prawda. Dziś gości u nas wspaniały pisarz, autor bestsellerów Czas zmierzchu i Metro 2033, Dmitrij Głuchowski. Jak się nie mylę, ich nakład to w sumie około pół miliona sztuk?

– Zbliża się do 400 tysięcy. Czas zmierzchu ma nakład 130 tysięcy, a nowe wydanie Metro 2033 250 tysięcy, wcześniej było jeszcze trochę. Dochodzimy do pół miliona sztuk i myślę już o nowych wydaniach.

– Obecnie Dmitrij pisze nową powieść – Metro 2034. Jaki nakład jest zaplanowany?

– Startujemy z nakładem 125 tysięcy, tak sądzę. A później zobaczymy. Myślę, że przynajmniej połowie ludzi, którzy przeczytali Metro 2033 książka spodobała się w mniejszym lub większym stopniu. Liczymy na to, że przynajmniej co drugi czytelnik zechce poznać kontynuację.

– Tak, mamy do Pana mnóstwo pytań. Taras pyta: W Metro 2033 jest opublikowany schemat metra, jak ten pojawiający się w fabule. Widnieją tam już pobudowane do czasu akcji książki Sreteński bulwar, Sławianskij bulwar, Segment Mitinskij i nawet Linia Solncewskaja (stacje i fragmenty tras Moskiewskiego Metra – przyp. tłum.). Czy oznacza to, że niektóre elementy oryginalnego tekstu będą zmieniane wraz z budową nowych stacji?

– Zasadniczo, wydaje mi się, że pierwszy tekst będzie już kanoniczny, szczególnie ta niebieska książka. Oczywiście, rękopis często był zmieniany. Na początku był pierwszy wariant online, później drugi i pierwsze wydanie z 2005 roku. Później, w 2007, nowe wydanie. Moim zdaniem nie da się ciągle przepisywać tekstów. Strugackim nie przyszłoby to do głowy, kiedy zauważyli, że do XXI wieku ludzkość nie ruszyła w kosmos tak, jak przewidywano. Dlatego też przyjmujemy, że książka jest zabytkiem określonej epoki i tak, jak stacje są w niej opisane, uznawać będziemy za wiążące. A w 2034 można już wpleść nowe elementy rzeczywistości, można zaadaptować plany rozbudowy metra.

– Artem zadaje pytanie dotyczące Metro 2033. Czytelnik niezbyt rozumie sens zakończenia. Wydaje się, że główny bohater zwariował. Rozumiem, że autor chciał w ten sposób mocniej trafić do odbiorcy? I czy będzie jakiś związek Metro 2033 z Metro 2034?

– Powieść Metro 2033 to technicznie rzecz biorąc postnuklearna antyutopia. Z mojego punktu widzenia, to przede wszystkim historia o dorastaniu młodego człowieka, o rozwoju jego charakteru. I o tym, jak człowiek, który staje przed wyborem, podejmuje decyzję, decyduje się na coś, dojrzewa i formułuje sam siebie. Powieść w pewnym stopniu odzwierciedla moje osobiste rozterki z czasów pisania. Zacząłem ją w wieku 19 lat, a skończyłem mając 25. Czy znajdę swoją szansę, czy mogę poznać lub określić swoje przeznaczenie, czy mogę zaistnieć indywidualnie i społecznie, jako pracownik i jako twórca. Wszystkie te wątpliwości w większym, bądź mniejszym stopniu, są metaforycznie ujęte w książce.

– A czy ma Pan coś z Artema?

– Jeśli przeżyłem z nim 5 lat, to wiadomo, że coś ode mnie powinno w nim zostać. To pewne. Bohater przez całą książkę stara się zrozumieć, czy prawidłowo określił swoje przeznaczenie – zniszczyć jakieś zagrożenie (ogólnie – czarni, mutanty grożący jego stacji, to formalnie fantastyczna linia fabularna). I ciągle próbuje też zrozumieć, czy oni na pewno są tym zagrożeniem.

– Rozumiem, że ma wiele wątpliwości?

– Ma wątpliwości, ale nadchodzą one zbyt późno. I książka mówi o człowieku, który nie wykorzystał swojej szansy. Nie pojął swojego prawdziwego przeznaczenia i uznał za zagrożenie byty świadome, które mogłyby później żyć z ludzkością w symbiozie i pomóc wrócić na powierzchnię i stać się na powrót władcami Ziemi. Książka opowiada o tym, jak konkretny człowiek zmarnował swoją chwilę i jaki miało to wpływ na resztę ludzi.

– A więc, czy tak, jak między liniami są stacje przesiadkowe, czy książki będą powiązane?

– Jest przesiadka. Postać zwana Hunter. Była to istotna postać Metro 2033. Był swego rodzaju mentorem głównego bohatera i to on wysłał go na misję, którą bohater wypełniał przez całą akcję książki. Ale okazuje się, że Hunter nie był do końca pozytywną postacią. Ponieważ to on błędnie założył, że czarni, to zagrożenie i nowy twór ewolucji, który trzeba zniszczyć, a myśl tą przekazał głównemu bohaterowi. Hunter jest swoistym węzłem, łączącym obie książki. Pojawia się w charakterze jednego z głównych bohaterów w Metro 2034. To taki człowiek-zagadka. Przeszedł istotne zmiany w porównaniu do pierwszej części.

– Zmienił się na lepsze?

– Nie, raczej stracił trochę z człowieka. Chodzi bardziej o mutacje duchowe, moralne, psychologiczne, niż fizyczne. Sam zetknął się z tymi czarnymi i to wywołało jakieś zmiany. Ale to już zbyt wiele informacji z drugiej części.

– Do kogo chciał Pan trafić? Kim są Pana czytelnicy – młodzieżą, ludźmi w średnim wieku? Ludźmi zafascynowanymi twórczością Strugackich, czy to tacy, którzy w ogóle nie czytali radzieckiej fantastyki?

– To dość dziwne, bo na początku, kiedy pisałem, wydawało mi się, że Metro 2033 będzie książką głównie dla młodzieży szkolnej i studentów. Nic bardziej mylnego. Przeprowadziłem ankietę na swoim blogu LiveJournal (rosyjska sieć społecznościowa pozwalająca pisać dzienniki, pamiętniki i blogi – przyp. tłum.) – Kim jesteście, szanowni czytelnicy? Górną granicę wieku ustawiłem na 45 lat i dostałem całkiem sporo wiadomości od ludzi starszych, którzy krzyczeli, że ich wiek nie jest ujęty w ankiecie, dlaczego Pan nas wydziela, przecież jeszcze żyjemy? Główna część ludzi, to wiek od 20 do 30 lat. 60% mężczyzn i 40% kobiet. Otrzymałem więc dokładną statystykę czytelników i na bieżąco ją śledzę.

– Masza z Moskwy, 22 lata, pyta: Dmitrij, chciałabym podziękować za Pana twórczość. W ostatnim czasie coraz więcej fantastów pisze postapokalipsę. Co się dzieje? Przeczucie niedalekiego końca świata? Chęć ostrzeżenia ludzkości przed niewłaściwym krokiem na drodze do samozagłady?

– Wydaje mi się, że fantaści nie tylko u nas, ale i na całym świecie sięgają do postapokalipsy. Co roku w Ameryce wychodzą 2-3 filmy, które próbują przedstawić równe obrazy apokalipsy, końca świata. Od zderzenia z meteorytem, do pochłonięcia przez Słońce, od globalnego ochłodzenia, do globalnego ocieplenia – do wyboru, do koloru. Możliwe, że coś wisi w powietrzu. A jeśli chodzi o nasz kraj, to przypomina się czerwiec, kiedy wydawało się, że wszystko jest w porządku, a kryzys finansowy był tak daleko…

– No tak, nam też wydaje się, że apokalipsa nastąpi nieprędko.

– Spytali mnie kiedyś – przecież jest u nas tak wspaniale, taka stabilność i dobrobyt, Dmitrij, no po co ten cały koniec świata? Mówiłem wtedy, że mam takie przeczucie, że w naszym kraju nie może być dobrze za długo. Zdarza się dobre 10-15 lat, raz na pół wieku. A później wszystko gdzieś ulatuje. Czuję, że ten dobrobyt i stabilność są bardzo kruche. I to nie zależy od polityków, czy czegoś tam. Po prostu jest jakaś taka wisząca nad nami beznadzieja – nie może być u nas dobrze zbyt długo. I proszę, jak znalazł, ale mam nadzieję, że to nie ja na to wpłynąłem.

– Pytanie od imiennika. Czy ma już Pan pełny plan książki Metro 2034? To znaczy, czy zna Pan już zakończenie, czy też wszystko rodzi się w trakcie pisania? I czy w książce poruszana będzie kwestia reszty świata?

– W większości powieści, główne linie są już opracowane. Myślę, że większość śledzących projekt na moim LiveJournal lub stronie M-2034.ru widzi, że książka bardzo różni się od pierwszej części. Jest bardziej dramaturgiczna, ma wiele linii fabularnych. Wiadomo, że jeśli w pierwszym rozdziale pojawiają się zagadki, na które odpowiedzi znajdują się w rozdziale trzecim, piątym, szóstym itd., to wszystko wcześniej powinno być w głowie. Dlatego, że inaczej nie da się tego wszystkiego rozplanować. Wszystko to mam w głowie. Co zaś się tyczy zakończenia, główna bohaterka, którą miałem zamiar ukatrupić, żyje, bo im więcej o niej piszę, tym bardziej mi się podoba. Dlatego obecnie kwestie jej śmierci i zakończenia książki pozostają otwarte. Oczywiście, każda z postaci w powieści ma jakąś osobistą, charakterystyczną historię. Mamy staruszka, który pisze epos minionej ludzkości. Jest dziewczynka, która…

– W pierwszej części kobiet praktycznie nie było.

– Nie, nie było. Ale od tamtej pory dobrze się z nimi poznałem i jestem gotów o nich napisać. Nie, tak naprawdę i wtedy znane mi były kobiety, ale po prostu wiarygodne pisanie o nich jest dużo trudniejsze, niż opisywanie mutantów i jakichś koszmarów. Dlatego nie brałem się za ten temat, ponieważ kwestia relacji jest trudna, a dobrze piszą o tym tylko mistrzowie i nie chciałem ryzykować. Chciałem zrobić to nie płytko, ale poetycko, pięknie, powabnie, ekscytująco. Zobaczymy, czy teraz mi się uda. Jeśli chodzi o pozostały świat, to oczywiście będą równe poboczne historie w postaci plotek, bajek lub legend, które będą sugerować, że życie nie kończy się na moskiewskim metrze.

– Metro jest też przecież w innych rosyjskich miastach.

– Piszą do mnie często z Pitera (slangowe określenie Sankt Petersburga – przyp. tłum.) – a co z nami, przeżyjemy w ogóle? Prowadzę ciekawy projekt. Równocześnie z publikowaniem na stronie internetowej rozdziałów Metro 2034, dokładnie w ten sam sposób są publikowane one w moskiewskiej gazecie Metro, w piterskiej gazecie Metro, w nowosybirskiej gazecie Metro i w czelabińskiej gazecie Metro, które są rozdawane bezpłatnie. Choć w Czelabińsku nie ma metro, to spodobała mi się nazwa. W Moskwie, Piterze i Nowosybirsku istnieje metro i ludzie mogą czytać i samemu wyobrażać sobie, jak mogłoby to wyglądać u nich. To taki eksperyment z immersją czytelnika.

– Celowo umieszcza Pan książkę w Internecie. Czy uważa Pan, że to normalne?

– Uważam, że to nienormalne. I podoba mi się, że to nienormalne. Dlatego, że zasadniczym impulsem jest dla mnie próba robienia czegoś nowego, niezwykłego. Z punktu widzenia fabuły i z punktu widzenia jakichś tam strategii wydawniczych, z punktu widzenia publikacji, kolportowania itd. Trzeba eksperymentować. Myślę, że będąc w takim położeniu i wieku, nie muszę bać się o każdy grosz, a mogę troszeczkę pochuliganić, popróbować nowości. I być może w jakiś sposób udaje mi się przewidzieć, w jakim kierunku, jeśli nie literatura, to strategia wydawnicza, marketingowa będą się rozwijać. Nie obchodzi mnie to, że wszystko leży online. Pomysłem było bezpłatne rozprowadzanie tekstów z gazety Metro, których nakład to 1,5 miliona sztuk, nie mówiąc już o tym jak daleko to pozwala zawędrować tekstom… to jeszcze dalej, tak jakby, ten pomysł poszerza. Każdy człowiek, który nie chce płacić za książkę, nie musi. Zbierz 60 numerów gazety i masz całą książkę za darmo. Jestem jak najbardziej za. Zobaczymy, jaki to będzie miało wpływ na ostateczny wygląd książki. Interaktywność ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony pobudza cię do działania to, że ludzie ci w różny sposób pomagają, inspirują.

– A potem przeczytają i nikt nie kupi wersji drukowanej.

– Pewna część ludzi, którzy przeczytali online nie kupi, wiadomo. Jakaś część kupi. W ciągu dwóch miesięcy istnienia projektu, ilość czytelników na stronie dochodzi do 200 tysięcy. Już teraz jest ich ponad 150 tysięcy, a zaraz będzie 200 tysięcy. W ciągu dwóch miesięcy.

– 200 tysięcy nieprzekonanych czytelników – nie obawia się Pan?

– Myślę, że z tego jakieś 30 tysięcy, to czytelnicy przekonani. Wielu z nich w ten sposób poznaje książkę po raz pierwszy. I tutaj sprawdza się moja ufność we własną pracę, bo jeśli książka jest kiepska, nieciekawa, źle napisana, to można to wykorzystać jako bezpłatne betowanie tekstu. Jak jest źle, to człowiek machnie na to ręką, pójdzie sobie i już nie wróci. Ale ponad połowa z tych, którzy weszli na stronę po raz pierwszy, wraca. I to mówi wiele o tym, czy chcą dalej czytać.

– Nie wydaje się Panu, że to przyszłość współczesnej literatury? To znaczy, że nie całkiem ucieknie do sieci, ale będzie się rozwijać w tym kierunku?

– To nie do końca przyszłość. To w pewnym sensie i przeszłość. Dlatego, że publikacje powieści w odcinkach były we francuskich czasopismach już w XVIII wieku.

– Chodzi mi dokładnie o Internet.

– A, w Internecie. Możliwe. Nie znam nikogo, kto by tak aktywnie się tym zajmował. Jest, oczywiście, Siergiej Łukjanienko (rosyjski pisarz znany z serii o Patrolach – przyp. tłum.), który na swoim LiveJournal publikował fragmenty. Chyba nigdy nie robił tego z pełnymi tekstami. Jest też Stephen King, który też próbował coś tam publikować na swojej stronie, wyciągając pieniążki od czytelników. Co się zaś tyczy pełnych publikacji w darmowych odcinkach z nadzieją, że pomoże to później w sprzedaży, jak książka wyjdzie na papierze, a książka, jak wiadomo, wyjdzie na papierze, to sądzę, że jest to jakieś moje własne know-how. Choć możliwe, że ktoś mnie ubiegł z takim pomysłem.

– Kiedy według powieści Metro 2033 i Metro 2034 wybrzmiał fatalny sygnał „atom”? 5 czerwca 2012 roku? Może Pan uściślić datę?

– Nie mogę. Celowo unikałem dat. W pierwszym wydaniu powieści, które było na stronie, książka nazywała się po prostu Metro. Dopiero później, kiedy doszło do wydania na papierze, powiedzieli mi w wydawnictwie, żebym dodał jakąś cyfrę, bo samo Metro jest niezbyt zrozumiałe. Jakiś numerek, żeby było wiadomo, że chodzi o przyszłość. Na przykład Metro 2025. Stwierdziłem, że nie, bo szybko się zdezaktualizuje. Niech to będzie jakaś późniejsza data. Wybrałem ją sam, przypadkiem. Po prostu usiadłem przed komputerem i patrzyłem, jakie cyfry dobrać, żeby dobrze wyglądały.

– Czy przewidywał Pan koniec świata co rok?

– Nie, celowo unikałem konkretów. W przypadku Metro 2033 spodobała mi się cyfra. Z jednej strony po prostu ładnie wygląda, a z drugiej, to 2000 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa, więc jest to na pewno początek nowej epoki. Znaczy się, minęły dwa tysiąclecia i co się zmieniło? Zasadniczo, nic się nie zmieniło. A na razie nie będę podawał dokładnej daty.

– Proszę powiedzieć, czy choć w drobnym wymiarze kontroluje Pan proces tworzenia gry na postawie Metro 2033? Fajnie byłoby, gdyby metro było takim, jakim Pan je widzi.

– Jeśli chodzi o grę Metro 2033, to biorę udział w jej tworzeniu i śledzę za postępami prac. Regularnie dostaję nowe filmiki, screenshoty, konsultują się ze mną w sprawie głównych linii fabularnych, brałem udział w ich projektowaniu. W większym, czy mniejszym stopniu gra bazuje na książce, nawet tam, gdzie nie ma mojego osobistego wkładu. Fabuła trzyma się oryginału. Dodatkowo, biorę też udział w pisaniu dialogów.

– Czy gra Pana satysfakcjonuje?

– Nawet bardziej, niż satysfakcjonuje. Choć nie jest to gra, jak S.T.A.L.K.E.R. z otwartym światem. Ale myślę, że to nie ostatnia okazja do współpracy ze wspaniałą firmą 4AGames. Po tym, jak wyjdzie 2033 może będzie i 2034 i tak dalej. Gier mogą robić ile wlezie.

– Pyta Aleksiej z miejscowości Nowoj Uriengoj. Dmitrij, jak można dostać książkę z autografem?

– Są dwie opcje. Pierwsza – planujemy całkiem spory promo-tour przed wydaniem Metro 2034 na wiosnę i lato przyszłego roku, po miastach powyżej miliona mieszkańców. Może uda się wam znaleźć miasto niedaleko, gdzie odbywać się będzie jeden z przystanków? Drugi wariant – zastanawiam się nad otwarciem na stronie Metro 2034 sklepu, w którym będzie można zamówić książki z autografem. Zobaczymy, czy to zadziała. W końcu sklep internetowy mógłby też mi pomóc jakoś skompensować wydatki na hosting, które są dość spore.

– Zawsze wydawało mi się, że powinni Pana przede wszystkim czytać mieszkańcy dużych miast z systemem metra. Ale kolejne pytanie pochodzi z Tiumienia, Anna Kutuzowa: Zamysł Pana książki Metro 2033 jest genialny, kontynuację czytam również z wielką przyjemnością. Ale, jak wiadomo, im więcej kontynuacji, tym gorsza jakość. Czy na 2034 planuje Pan postawić kropkę?

– Chciałbym postawić kropkę na Metro 2034. Ale boję się zarzekać. Pewne jest, że kolejna książka nie będzie związana z Uniwersum Metro. Tak, jak po 2033 napisałem Czas zmierzchu, która jest zupełnie inna. Musiałem udowodnić i samemu sobie i czytelnikom, że jestem w stanie zrobić coś innego, zupełnie różnego od Metro, z innym Uniwersum, z innymi bohaterami, pisane innym językiem itd. Po tym, jak ta książka została zakończona, minęły jeszcze dwa lata zanim dojrzałem do tego, by napisać kontynuację Metro 2033. Jeśli chodzi o kolejną, to po 2034 znów będzie coś niezwiązanego w żaden sposób z Uniwersum Metro, a potem zobaczymy. Czy będzie film, czy nie, czy pojawią się jakieś pomysły. Chciałbym przejść do historii rosyjskiej literatury, jako człowiek, który napisał jedną jedyną, przypadkiem udaną książkę.

– Rusłan pyta, czy książka pojawi się w tłumaczeniu na angielski?

– Oczywiście. Jest już po niemiecku. Jeśli ktoś ogląda mój LiveJournal lub stronę, to tam już to wrzucałem. To drugie tłumaczenie. Pierwsze było na bułgarski. Bułgarzy bardzo szybko zareagowali.

– I jak poszło?

– Dobrze. W przeciwieństwie do Rosji, nie mieli żadnego budżetu reklamowego. Ale są zadowoleni, już przetłumaczyli Czas zmierzchu, który też dobrze się u nich sprzedaje. Nieomal porównują mnie tam do Marqueza. Oczywiście to bardzo miłe, bo do Marqueza dorastać nie będę i przez całe życie. Tłumaczenie na angielski będzie gotowe na jesień tego roku, razem z wyjściem gry. Będą jeszcze tłumaczenia na hiszpański, portugalski, japoński, tajski, koreański, chiński, wietnamski, turecki. Coś koło 15 języków. To na chwilę obecną. Myślę, że na kolejny rok będzie kolejnych kilkadziesiąt.

– Wybornie. Kirył pyta: Dmitrij, pracuje Pan w rosyjskim radio. Jak radzi Pan sobie z taką odpowiedzialnością? Przecież nadajecie na cały kraj. Czy też jest Pan już takim profesjonalistą, że nie przejmuje się Pan tym?

– Jeśli chodzi o radio Majak (Dmitrij Głuchowski był spikerem radiowym w latach 2007-2009 – przyp. tłum.), na szczęście ma to format luźnej rozmowy, więc nie wymaga ode mnie głębokiej wnikliwości i wystarcza odrobina mojej ubogiej kultury i erudycji, by po prostu gadać o różnych rzeczach. Kiedy pojawiają się poważne pytania, przygotowuję się do nich. Kiedy trzeba poczytać trochę faktów, czytam. Ale ogólnie do pracy w radio wystarczy składnie się wypowiadać i kończyć zaczętą myśl. Odpowiedzialność wcale mi nie ciąży.

– Więc co jest Pana głównym zajęciem?

– To, oczywiście, książki. Praca w radio to rzemiosło, pensja. Książki, to powołanie, być może to trochę nawet zbyt mocne słowo. Ale dzięki książkom można realizować się twórczo. Siedzenie i po prostu gadanie, nawet z bardzo ciekawymi ludźmi, czasem na aktualne tematy – to przydatne, ciekawe i rozwijające, ale mało ma wspólnego z twórczą samorealizacją. Raczej traktowałbym to, jako przyjemne spędzanie czasu. Bardzo lubię pracować w radio, dlatego, że, przede wszystkim, daje to możliwość spotkania ciekawych ludzi. Od artystów, do pisarzy. Od biznesmenów, do polityków itd. Ale nie ma to żadnego związku z samorozwojem, twórczością.

– A co Pana zdaniem przynosi Panu większą popularność – praca w radio, czy książki?

– Książki. Radio to coś ulotnego. Dziś cię słuchają, a jutro… Są osoby, które poświęciły na to całe życie i dzięki temu wiele osiągnęły. Ale dla mnie to drugorzędna sprawa. Staram się więcej pracować nad książkami. Książka zostaje, a radio jest pamiętane tylko tak długo, jak długo jest słuchane. Kto nie zdążył posłuchać Baczynskiego na żywo, będzie tą postać traktował abstrakcyjnie (Giennadij Baczynski – rosyjski prezenter radiowy i telewizyjny – przyp. tłum.). A książka nie dość, że cię przeżyje, to jeszcze zostanie na długo po twoim odejściu. I jeśli uda ci się stworzyć ciekawą, wartą zapamiętania rzecz, która będzie poruszać ludzi, to może istnieć jeszcze wieki po tobie.

– Wydaje mi się, że we współczesnym świecie nie da się żyć z pisania.

– Nie no, przecież da się. Boris Akunin jest tylko pisarzem. Tak samo Siergiej Łukjanienko. Ma Pan na myśli kwestie zarobkowe?

– Tak.

– Są na przykład restauratorzy-pisarze. Albo politycy-pisarze. Niestety Limonow (Eduard Limonow – rosyjski pisarz i działacz polityczny – przyp. tłum.) zabrał się za politykę, a szkoda, bo dobrze pisał. Teraz, moim zdaniem, gra, jak Trocki.

– A na przykład wielka księga Makanina (Władimir Makanin – rosyjski pisarz, uważany za jednego z najważniejszych twórców przełomu XX i XXI w. – przyp. tłum.)? Przecież to napisał matematyk, prawda?

– Może i Makanin jest matematykiem, ale na chwilę obecną to raczej pisarz. Nie sądzę, bym mógł być stuprocentowym pisarzem, chociaż ze wszystkich rzeczy, którymi się zajmowałem, to daje mi najwięcej satysfakcji. Jeśli chodzi o kreatywność, tworzenie, to jest najciekawsze zajęcie. Spróbowałem się jako twórca reportaży, przed dwa lata byłem korespondentem telewizyjnym, a przez trzy lata wcześniej pracowałem w kanale Euronews. To ciekawe zajęcia, ale też ulotne. Byłem na Biegunie Północnym z ekspedycją Czilingarowa (Artur Czilingarow – rosyjski badacz polarny, oceanolog, geograf – przyp. tłum.), było super, ale teraz mało kto o tym pamięta. Już nie mówiąc o takich wydarzeniach, jak wizyta naszego prezydenta w Gwatemali, czy innych… Miesiąc tłukli temat, a później wydarzyło się coś nowego. Wiadomości, to wieczna rotacja, nie związana z wiecznością. A chciałoby się pomyśleć o czymś, co mogłoby zostać w pamięci twojej i innych ludzi ciut dłużej.

Teraz mam poważne zajęcia. Piszę dziesięć lat i napisałem tylko dwie książki, bo nie mogłem się na tym skupić. Traktowałem to raczej jako hobby, a nie trzon swojej działalności. Pracowałem tu i tam, a kiedy mi się nudziło, pisałem. Teraz chciałbym móc zajmować się tylko tym i mam nadzieję, że dzięki temu będę mógł szybciej rozwinąć zdolności i być może stanę się bardziej płodny, bez obniżania jakości. Nie chcę co roku wydawać nowych książek, które koniecznie muszą trafić na półkę z nowościami.

– Dla Pana to nieistotne, ale mimo wszystko, widok książki w księgarni jest miły dla oka?

– Przede wszystkim jest to niezbędne, bo położenie książki odpowiada za 70% sprzedaży. Wspaniały tytuł, skierowany grzbietem do czytelnika nigdy się nie sprzeda. A dziadostwo, które leży przy kasie, przy wyjściu i na stanowisku z bestsellerami sprzeda się bardzo dobrze.

– Czy wydawnictwo to aranżuje?

– Oczywiście. Wydawnictwo przekazuje wiadomość księgarniom. Wychodzi książka o której wszyscy będą mówić, mamy na nią budżet reklamowy, gazety obiecały napisać recenzje. Prosimy wystawić je tak, jak trzeba.

– W takim przypadku, książka nie różni się niczym od kartonu mleka, czy pudełka jogurtu, które można postawić tu i tam?

– Z punktu widzenia marketingu, to towar. Oczywiście, jeśli na przykład weźmiemy Dziewiątego spasa Brusnikina, to nie ma mowy o walorach literackich. Ale kiedy mamy ogromny budżet reklamowy i przyklask wydawnictwa, to proszę…

– Słyszałem, że poszło na to milion euro.

– Też tak słyszałem.

­– A jaki był budżet Metro 2033?

– Na budżet reklamowy Metro 2033 przeznaczono w sumie niecałe 100 tysięcy dolarów.

– Też nieźle.

– Całkiem nieźle. Ale budżet nie jest istotny. Z punktu widzenia reklamy książki, ważne jest podejście. Teraz cała Moskwa jest oblepiona, na przykład, reklamami książek Miedinskiego. Ten tam cały mit o Rosji. Co jeszcze. Pieliewin też był, nieźle się sprzedawał… Daszka też. Ale teraz jest tego mnóstwo. Był Koływszewski i Minajew. I jakieś produkty Minajewa. I kiedy jest za dużo reklamy, to ludzie dostają oczopląsu. Jak mój wydawca, właściwie jako pierwszy, pomyślał, żeby umieścić reklamę na bilbordach, to wtedy miało efekt. Wszyscy myśleli, że to reklama filmu…

(Władimir Miedinskij – rosyjski działacz polityczny związany z partią „Zjednoczona Rosja”; Wiktor Pieliewin – rosyjski pisarz, twórca kultowych powieści lat ’90; Darja Doncowa – rosyjska pisarka, scenarzystka i prezenterka telewizyjna; Aleksiej Kołyszewski – rosyjski biznesmen, jedna z czołowych osobistości Runetu; Siergiej Minajew – rosyjski biznesmen, pisarz, prezenter radiowy i telewizyjny – przyp. tłum.)

– A więc był Pan pierwszy?

– Tak, tak. A później brak wyobraźni zaczęto nadrabiać nadętymi budżetami. Można przyciągnąć uwagę niewielkim kosztem, jeśli robi się coś innego. Ale jeśli idziesz czyimś śladem, to musisz się liczyć z wielkim planowaniem. Wtedy przyciągasz masą, a nie pomysłem. Naturalnie, chciałbym kontynuować wpływ pomysłem, a nie pieniędzmi. Biorąc pod uwagę kryzys, nie wiem czy dla Metro 2034 znajdą się w ogóle jakieś środki. Ale nawet dobry pomysł, by przyciągnąć do projektu zdolnych grafików i muzyków, to już jest coś o czym piszą gazety. A jeśli do tego uda ci się w pierwszej kolejności napisać udany tekst, to w ogóle…

– Aleksandr pyta: Czy ma Pan jakieś zabawne hobby? Nie zbiera Pan znaczków?

– Zbierałem znaczki, jak miałem 4 lata. Od tamtej pory, nie wracałem do tego. Zbierałem monety, jak miałem 5 lat. Mój dziadek kiedyś pracował na stanowisku naczelnego artysty magazynu Krokodyl, który miał milionowe nakłady. Pracował też za kiepską pensję w Prawdzie. Dużo jeździł po demoludach i Związku Radzieckim i zawsze przywoził różne monety. Miałem słoik po kubańskiej kawie, napchany nimi. Ale byłem głuptasem i nie znałem ich wartości. Przywoził mi takie złote słońca, potężne peruwiańskie monety. A ja miałem ze cztery latka i rzucałem je przez okno. Myślałem sobie – oho, fajnie, spacerowicze pod radzieckim blokiem znajdą zagraniczne pieniążki. Wyobrażałem sobie, jak by się cieszyli. A potem dziadek powiedział, że to przecież były rzadkie monety. No, szkoda. Teraz praktycznie przekształciłem swoje hobby – książki – w główne zajęcie. I to jest spoko, bo to aż tak nie męczy. Kiedy pracujesz gdzieś, gdzie ci się nie podoba, to męczysz się i stresujesz przez to bardziej, niż gdybyś robił coś, czego znaczenie rozumiesz i dzięki czemu rozwijasz się, cieszysz z osiągnięć… Moje hobby jest jednocześnie moją pracą.

– Czy wierzy Pan w Dziadka Mroza? Czy chciałby Pan dostać od niego prezent na Nowy Rok?

– Wierzę bezgranicznie w Dziadka Mroza. Dziadek Mróz forever!

– A w Śnieżynkę?

– Też. Jest jeszcze fajniejsza, niż Dziadek Mróz. Z Dziadkiem niespecjalnie jest co robić, a ze Śnieżynką można miło spędzić czas! Jak skończę książkę, jakoś w lutym, albo marcu, jak wszystko pójdzie dobrze, to chciałbym dostać od Dziadka Mroza wycieczkę na jakieś egzotyczne wyspy. Niedawno wróciłem z takiej podróży i bardzo mi się to spodobało.

– Niech Pan weźmie udział w Ostatnim bohaterze (rosyjska wersja show Survivor – przyp. tłum.), to pojedzie pan na wyspę.

– Szczerze mówiąc, Ostatni bohater to moim zdaniem syf. Nieudane show. Próbują tam skopiować Lost, ale przecież w Lost mamy świetną fabułę. A tutaj? Jacyś upaćkani ludzie w strojach kąpielowych jedzą pieczone kartofle. No gdzie tam.

– Chciałbym zapytać, jak odnosi się Pan do działań kolegi Jerofiejewa? (Wiktor Jerofiejew – rosyjski pisarz, uczestnik show Ostatni bohater, który odpadł już pierwszego dnia – przyp. tłum.)

– Nie rozumiem, po co mu to? Może próbuje odnaleźć swoje prawdziwe ja? Jak człowiek, który przewodził prezydenckiej Komisji do spraw ułaskawienia nagle idzie do telewizyjnego show? Ale nie oceniam go, nie znam go osobiście.

– Może to tylko reklama?

– Możliwe. Ale wydaje mi się, że to raczej antyreklama. Jego książki nie będą się lepiej sprzedawać przez to, że trafił do show. Nie sądzę, że rozpoznawalność jego osoby wpłynie na sprzedaż książek.

– Naprawdę?

– Tak. Moim zdaniem, w tym przypadku, odbiór osoby nie do końca działa. Władimir Sołowiow (rosyjski dziennikarz, showmen, znany z prowadzenia kontrowersyjnych programów pod publiczkę – przyp. tłum.) nie sprzedaje bestsellerów. No, może przez chwilę jego książki sprzedają się dobrze, ale nie mają nakładu 300 tysięcy sztuk. Akunin, jako osobistość, nigdzie się nie pojawia, rzadko udziela wywiadów, nie ma go w telewizji. Cały pijar Pieliewina oparty jest na jego tajemniczości. Sorokina (rosyjski pisarz, dramaturg, scenarzysta – przyp. tłum.) też specjalnie nie widać. W książkach liczy się content. Dobry tekst jest w stanie zdziałać więcej, niż rozpoznawalność autora. Ludzie, którzy kupują książki chcą coś z tego mieć, chcą coś zobaczyć, czegoś się dowiedzieć, uzyskać przyjemność z tego. I choćby autora pokazywali w telewizji non stop, to w żaden sposób nie przekłada się na to, jak jego teksty intrygują, zaszczepiają jakieś pomysły, zmuszają do samodzielnej analizy książki i sprawiają, że przechodnie zaglądający przez ramię sami zaczynają się książką interesować.

– Może napisze książkę o tym, jak było na planie Ostatniego bohatera?

– Nie był tam zbyt długo i w ogóle nie rozumiem, po co tam się pchał. Ja nie wziąłbym udziału w Ostatnim bohaterze, ani w Gwiazdy tańczą na lodzie. Nigdy nie dostałem zaproszenia, ale i tak bym je odrzucił. Trzeba rozumieć format programu.

– Aleksanrd pyta: Jeśli mógłby Pan spełnić jedno marzenie, to co by to było?

– Chciałbym, żeby wszystkie moje książki zostały zekranizowane. Już sobie tego życzyłem. Na razie nie ekranizują.

– Więc plotki o filmie na podstawie Metro 2033 to prawda?

– Czekam i prowadzę rozmowy. Władimir Chotinienko (rosyjski reżyser – przyp. tłum.) chciał nakręcić film na podstawie Czasu zmierzchu. Niestety, nie udało się zebrać pieniędzy. Trzeba było zrezygnować z pomysłu. Co zaś się tyczy Metro 2033, możliwe, że udałoby się to zrealizować w USA. Chciałbym, żeby się powiodło. Ale znów jest kryzys i trwają negocjacje. A w ogóle rozmowy na temat kupna praw autorskich ciągną się od półtora roku. Książka wyszła w czerwcu ubiegłego roku, zaraz mija równe półtora roku. Mam nadzieję, że niedługo nastąpi jakiś przełom. Wielokrotnie odrzucałem propozycje rosyjskich wytwórni, bo uważam, że u nas po prostu nie da się tego zrealizować na odpowiednim poziomie.

Koniec części pierwszej

08.12.2008

Źródło: Автор бестселлеров „Метро 2033” и „Сумерки” в гостях у „Комсомолки”!

Reklamy

Jedna myśl na temat “Wywiad dla „Komsomolskiej prawdy” cz. 1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s