Witajcie w Rosji i Francja Dmitrija Głuchowskiego

„W naszym kraju sytuacja jest dość groteskowa i absurdalna, ale postanowiłem ją jeszcze nieco wyolbrzymić” – tak pisarz Dmitrij Głuchowski przedstawił swoją książkę „Witajcie w Rosji”, która dopiero co miała premierę we Francji. W wywiadzie dla RFI na paryskich targach książki (Salon du livre) skomentował bojkot pawilonu rosyjskiego przez francuskiego prezydenta, wspomniał o doświadczeniu związanym z życiem we Francji i wyjaśnił dlaczego „nie skłania się do uległości” w dniu 18 marca.

Rozmowa o literaturze, Francji i jej rosyjskim „micie” oraz o nowych wyborach Putina zaczęła się pytaniem o to, czy polityka przeszkadza literaturze. Kwestia ta pojawiła się, kiedy prezydent Francji Macron zbojkotował rosyjski pawilon targów książki na kanwie kryzysu, związanego ze „sprawą Skripala”.

Dmitrij Głuchowski: W różnych krajach oddziałuje to w różny sposób. Jednak w dzisiejszej Rosji, gdzie byś nie spojrzał, wszystko jest przedłużeniem polityki. Media już działają tak od dawna. Cerkiew tak samo – jest politycznym pododdziałem partii i rządu. Nie mówiąc już o służbach specjalnych. W Rosji nawet grupy przestępcze często wypełniają zadania polityczne. Władza nie tykała literatury przez to, że ta jest mało znacząca w sensie elektoralnym, jednak i tak literatura będzie się stawać instrumentem politycznym. Biorąc pod uwagę niektórych zaproszonych tu gości, którzy aktywnie zajmują się działalnością polityczną, przy czym pro reżimowo, można domyślać się, czym był podyktowany ten gest (prezydenta Macrona).

Czy można postawić znak równości między reżimem politycznym w Rosji i literaturą? Nie, myślę że to nieodpowiednie. Nadal większość autorów korzysta z „przywileju” zajmowania się swoimi sprawami bez wpływu cenzury, która nadal omija literaturę w Rosji. Właśnie to pozwala uzyskać niezależne spojrzenie na wydarzenia w kraju i społeczeństwie.

Decyzja Macrona była, choć podyktowana emocjonalnie, w pełni uzasadniona. Uważam, że chęć Francji, by podać rękę Rosji, wbrew jakimś anglo-amerykańskim sankcjom, związana jest w dużym stopniu z obecną we francuskiej kulturze antyamerykańskością i próbą znalezienia „kulturowych” sojuszników – w Rosji również występuje określona antyamerykańskość kulturowa. „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. I to właśnie stało się z zaproszeniem Rosji (w charakterze gościa honorowego), bez względu na niejednoznaczną sytuację polityczną, w którą Rosja sama się wpędziła.

RFI: Pańskie największe powieści – trylogia Metro, Czas zmierzchu, Future – były już wydawane we Francji. Z czym przyjeżdża Pan na obecne targi?

Właśnie premierę miało francuskie tłumaczenie książki Witajcie w Rosji. To antologia nowel satyrycznych, opowiadających o Rosji Putina, relacjach między władzą i narodem, sytuacji w mediach i establishmencie politycznym, doprowadzonych do groteski i absurdu. W naszym kraju sytuacja jest dość groteskowa i absurdalna (i tylko się to pogłębia), ale postanowiłem ją jeszcze nieco wyolbrzymić. Książka nie jest nowa. U nas wydano ją w 2010 roku, przed wydarzeniami na Placu Bołotnym i Prospekcie Akademika Sacharowa (nawiązanie do masowych protestów Marsz Milionów w 2011 i 2012 roku w Moskwie – przyp. tłum.) Rzeczy, o których mówi się w książce, wtedy opowiadałem sobie i wielu innym po raz pierwszy. Od tamtej pory, niejednokrotnie prognozowali je Nawalny, Sobczak i inni opozycjoniści. Przez to, książka trochę straciła na świeżości. Ale, jak widać, to temat-rzeka: władza zawsze będzie u nas gnębić ludzi i kłamać, a ludzie będą klaskać oczami, uszami i wierzyć w gruszki na wierzbie – i tak działać będzie legitymizacja władzy w naszym kraju. Przyglądałem się temu procesowi: co dzieje się w głowach społeczeństwa i władzy, kim są ludzie władzy i kim ona kieruje i jak wygląda ich organizacja spraw romantycznych i seksualnych.

Nie boi się Pan, że francuski czytelnik, który przyzwyczaił się do Pana fantastyki, antyutopii, przestraszy się nieznanego gatunku, ostrej, aktualnej groteski?

Etap, na którym bałem się kogoś przestraszyć i wszystkie wątpliwości z tym związane, są już dawno za mną. Wcześnie zacząłem pisać i publikować i rzeczy, które były dla mnie ciekawe i aktualne w wieku 20 lat – fantastyka, antyutopia – po sięgnięciu czterdziestki, przestają tak wzbudzać moją wyobraźnię. Nie można zamykać się na całe życie w ramach jednego gatunku. Chciałbym być w ruchu, pracować na tych kierunkach, w tych gatunkach, które mi wydają się odpowiednie i ciekawe. A i tak rozczarowanie czytelnika jest nieuchronne. Trzeba o tym zapomnieć, „zabić” to w sobie w pewnym sensie i zajmować się tym, co ci się podoba.

W Witajcie w Rosji jest nowela Utopia o Francji, o „francuskim micie” dla każdego rosyjskiego człowieka, która zaczyna się słowami: „Przeprowadź sondę uliczną z pytaniem na jaki europejski kraj należy w tej chwili przeprowadzić atak jądrowy. Zapewne ocalałaby tylko Francja.” Pracował Pan i żył tutaj trzy lata. Czy Francja, to faktycznie mit i nie istnieje w takiej formie, w jakiej wyobrażają ją sobie Rosjanie?

Właśnie teraz, kiedy przyjechałem i rozmawiałem z przyjaciółmi i znajomymi z klasy (mam tu kilku znajomych, ponieważ w Moskwie była francuska szkoła), zastanawiałem się, czy istnieje gdzieś ta Francja, którą wciskali nam w czasach radzieckich. Czy istnieje Francja Rogera Vadima, Louisa de Funes, Richarda Pierre, czy chociażby gwiazd estrady „nowej fali”? Czy gdzieś to jest? Czy jest gdzieś Francja klasycznej francuskiej literatury? Za każdym razem wyjeżdżam z mieszanymi uczuciami.

Na pewno jest tu mnóstwo rzeczy, w których można się bez pamięci zakochać. Ale nie ma tego czegoś, w co wierzyliśmy, przyjeżdżając tutaj. Czegoś ze starego filmu „Okno na Paryż” (rosyjski film komediowy z 1993 roku – przyp. tłum.), tej kwintesencji naszego wyobrażenia o francuskim życiu, o szczególnej finezji Francuzek, w tym i o miłości, o romantyzmie, który przyciąga Rosjanki do Francuzów… Nie wiadomo na ile to wszystko jest prawdą.

Francja zdecydowanie jest o wiele bardziej złożona, ciekawa i niejednoznaczna. To kraj bardzo problematyczny, z trudnymi ludźmi. Trzeba tu przeżyć całe życie, by ją w pełni poczuć. A zrozumieć jej się nie da, tak jak i Rosji. Ciekawym jest, że mimo naszej absolutnej inności (jesteśmy dla siebie nawzajem, jak przybysze z innych planet), coś nas do siebie ciągnie. Oczywiście, jest to antyamerykańskość, ale też przyciąganie przeciwieństw – jak w miłości między mężczyzną i kobietą. Oczywiście, Francuzi uważają, że w tych relacjach oni są mężczyznami, ale to nie takie oczywiste (śmiech).

Czy pielęgnuje Pan jakieś szczególne wspomnienia związane z życiem tutaj przez trzy lata (pracował Pan w kanale Euronews)?

Mieszkałem w Lyonie, to bardzo piękne miasto i zdecydowanie bardziej zadbane, niż Paryż. Jest bardziej monolityczne pod względem architektury. Były szalone wieczory, imprezy z francuskimi studentami i z moimi kolegami. Były poranne spacery po promenadzie i przejażdżki smrodliwymi tanimi samochodami po francuskich wsiach. Były i festiwale jazzowe i dyskusje o losach świata z lewicującą młodą inteligencją, z którą często się tu spotykałem. Wszystko to było. Masa wrażeń.

Wydaje mi się, że troszkę nie pokochała mnie ta Francja. Ale można to naprawić i w średnim wieku. A nawet jeszcze ze sporym sukcesem.

Lyon, czy Paryż? I jaki jest Pana Paryż? Jakie miejsca są Pańskie?

Żałuję, że nie mieszkałem w Paryżu. Przy całej swej czystości, Lyon jest dla mnie zbyt burżuazyjny, zbyt nastawiony na życie 30-40-letnich burżujów z rodzinami, małymi dziećmi, z którymi trzeba chodzić gdzieś wśród winnic i pastwisk. To cały Lyon. Jest bogatszy, bardziej stateczny i na pewno nie jest nastawiony na młodzieńcze przygody. A ja miałem dwadzieścia kilka lat, kiedy przyjechałem i bardzo za tym tęskniłem. Bardzo liczyłem na jakieś francuskie szaleństwo, którego nie dostałem. Dlatego żałuję, że nie mieszkałem w Paryżu. To miasto brudne i chaotyczne. Nie odpowiada naszym wyobrażeniom, ale przy tym jest bardzo żywe, spontaniczne, oddychające i wzburzone. Łączy wszystko, co tylko można sobie wyobrazić w sferze kultury, społeczeństwa i polityki. Tutaj jest prawdziwe centrum życia. Żałuję, że nie mieszkałem w Paryżu, a w Lyonie.

Nieprosty los pisarza zaprowadził Pana do Paryża akurat, kiedy w Rosji odbywają się ponowne wybory prezydenta Putina. Czy 18 marca odwiedzi Pan lokal wyborczy w ambasadzie Rosji?

No, nie. Wybory są dla mnie oczywistą profanacją. Już nawet nie profanacją, a wyświechtanym rytuałem dominacji samca alfa nad narodem i samców beta w sferze politycznej. Jest potrzebny tylko po to, żebyśmy mogli kolejną kadencję całemu światu pokazywać ulotki i mówić: „Patrzcie, mamy miłość narodową i nie próbujcie zajrzeć w naszą tajemniczą rosyjską duszę. Tak, chcemy, żeby nas „kryli” i Władimir Władimirowicz robi wszystko, by tak się działo w najlepszy dla nas sposób.” Jako nonkonformista, nie jestem do tego gotowy i wolę nie brać w tym udziału. Zresztą jak zawsze, ponieważ od samego początku, kiedy został wybrany na drugą kadencję, wybory zamieniły się w cyrk. Cyrk można oglądać, ale po co wychodzić na scenę.

17.03.2018

Źródło: «Рассказы о Родине» и Франции Дмитрия Глуховского

Autor zdjęcia: Dominique chanut
(CC BY-NC 2.0)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s